Lofoty cz.2

W drugim dniu wyprawy w kawiarni w Reine do moich rąk trafiła książeczka o Norwegach i ich zwyczajach, opowiedziana w dowcipny sposób. Tak mi się spodobała, że postanowiłam ją kupić. Udało się to w drodze powrotnej na lotnisku w Oslo. Z książeczki tej można się sporo dowiedzieć. I tak na przykład slicer do sera to norweski pomysł, przez jakiś czas objęty nawet patentem. Dumni są Norwedzy z tego, ale nie tylko. Z dumą noszą swoją flagę na czapkach, kurtkach czy plecakach. Plecaki firmy Fjallraven, potocznie zwane kankenami, też są widoczne w ilościach hurtowych. Zaraźliwa moda 😉

Dzień 5

Doskwiera nam już bardzo brak gorącego prysznica, brudne włosy skrzętnie ukrywam pod czapką. Mimo klejącego się ciała ruszamy dalej.

Dziś na lekko, czyli bez bagażu, który zostaje na polu namiotowym, próbujemy zdobyć szczyt Himmeltinden (962m n.p.m ). Na początku drogi, przez gadulstwo, mijamy zejście na szlak, przez co nadrabiamy 4 km. Nie pierwszy to mój i nie ostatni raz, kiedy nadrabiam trasę. 🙂

Szlak na szczyt nie jest trudny, ale bardzo stromy. Niestety na wysokości 700 metrów ze względu na załamanie pogody decydujemy się zawrócić. A, że jesteśmy na lekko to nie schodzimy tylko jak przystało na biegaczy, zbiegamy stromym szlakiem. Radość jak u dziecka.

Pakujemy namiot i resztę dobytku i ruszamy w dalszą trasę. Wydłużamy naszą sobie drogę, tylko po to by dotrzeć do sklepu Spar. Ach, co to za radość była. Wielka czekolada, piwo i ciepły burger! Pożarcie go trwało jakąś minutę i długo się nie namyślając kupiłyśmy sobie po drugiej sztuce. Myślę, że wyglądałyśmy dość żałośnie. Brudne, wbijające zęby w bułkę i mruczące coś w niezrozumiałym dla Norwegów języku.

Droga do Unstad wiodła asfaltem i żeby nie zdeptywać naszych i tak już nadwyrężonych stóp złapałyśmy stopa. Tym razem trafiłyśmy na szwedzkiego biegacza ultra, który żonę z dziećmi zostawił w muzeum wikingów, a sam postanowił zrobić trening z dużą ilością przewyższeń, co akurat na Lofotach nie jest trudne.

Wysiadłyśmy przy Unstad Arcic Surf. Mekka surferów lubiących lodowate wody oferowała miejsce kempingowe z prysznicem, przytulną świetlicą, sauną i knajpką za jedyne 300NOK za osobę. Po krótkiej naradzie zdecydowałyśmy się skorzystać. Wygrała w Nas wizja czystych włosów, zrelaksowanego ciała i przebywania w suchym, ciepłym pomieszczeniu. W cenie była jeszcze możliwość pojeżdżenia rowerami „fatbike” po okolicy. Nie bardzo widzę sens jazdy na takich grubych kołach, no ale skoro ktoś to wymyślił to jakiś cel był.

Odwiedziłyśmy mini cmentarz z kapliczką mijając po drodze mniej luksusowe niż nasze pole namiotowe.

Nie wszędzie na polach namiotowych jest obsługa. Wisi tylko tabliczka z cenami i numerem konta i od turystów zależy czy rozliczą się uczciwie.

W barze przy kempingu postanowiłyśmy spędzić wieczór. Ja zamówiłam piwo, Kinga wahając się zrobiła to samo, nie odmawiając sobie gigantycznej cynamonowej drożdżówki (kolejna specjalność norweskiej kuchni). Moja towarzyszka niby nie przepada za piwem, ale tempo w jakim go wypiła mówiło zupełnie coś innego.

Dzień 6

Jak najlepiej zacząć dzień? Gorącym prysznicem, gdzieś za kołem podbiegunowym.

Ruszyłyśmy, znów skalistym wybrzeżem (bo jakby inaczej 😉 ) do Eggum. Norweskie kobiety to mają przysłowiowe „jaja”. Może to i nie był najtrudniejszy szlak na naszej trasie, ale do łagodnych nie należał. Mimo to mijana przez nas para norwegów nie zrezygnowała z jego pokonania, prowadząc za rękę 3 latka z drugim dzieckiem przytroczonym do piersi mamy. Tylko brać przykład.

Po drodze mijamy rzeźbę „Głowa” Markusa Raetza ustawioną na skalistym brzegu. Skulpturelandskap Nordland to kolekcja 35 rzeźb, ustawionych w różnych gminach Norwegii, w pięknych jak ten przy Eggum miejscach. Zainteresowanych tematem odsyłam do strony http://www.skulpturlandskap.no . Można sobie zorganizować ciekawą wycieczkę odwiedzając wszystkie rzeźby.

Ponownie przecinamy główną drogę E10 i wchodzimy na szlak przypominający Nasze Bieszczady, tylko mokre. Bardzo mokre. Po jakimś czasie wydeptana ścieżka znika i kierowane tylko trackiem w zegarku docieramy do przełęczy. Naszej dzisiejszej mety. Mamy ją tylko dla siebie. Za nami szczyt Blatinden, przed nami Hellostinden, po lewej wody morza Norweskiego, po prawej wody Vestfiordu. I nasz mały namiocik po środku.

Dzień 7

Ruszamy połoninami na szczyt i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dokładnie na szczycie połoniny zamieniają się w ostrą grań. Strome zejście ma nam osłodzić kawiarenka na dole, niestety zamknięta. Od niechcenia machamy na stopa, zrezygnowane bo znów zaczęło padać. Zabierają nas trzy kobiety z trzema psami. Jedna z nich zasypuje nas zdjęciami z ich wakacji, udowadniając, że Norwegów też zachwyca ich krajobraz. Przez chwilę waham się czy się z nimi nie zabrać do Hennigsvaer, ale zostajemy przy pierwotnym planie.

Trudno powiedzieć czy to była słuszna decyzja, bo to co nas czekało było chyba najtrudniejsze w trakcie całej wyprawy. Długie podejście pokierowało nas na ostrą grań, bez grama oznaczeń, z mnóstwem ostrych, śliskich kamieni. Tak niewinnie wyglądający na mapie odcinek okazał się niezłą przeprawą. Byłyśmy tak skupione na stawianiu bezpiecznie stóp, że żadna nie ubrała na siebie nic przeciwdeszczowego. Finalnie byłyśmy przemoczone do suchej nitki.

Wykończone fizycznie i psychicznie rozbiłyśmy namiot w miarę bezpiecznym miejscu. Ostatkiem gazu w butli zagotowałyśmy wodę na ciepły posiłek, na herbatę już nie starczyło.

Cóż to była za noc. Wiatr tak nami miotał, że nie zmrużyłyśmy oka. Modły przez cała noc, żeby nasz namiot przetrwał tą nawałnicę i żebyśmy przetrwały to My.

Dzień 8

Udało się. Wyjadłyśmy na śniadanie to co tam zostało, nie licząc na choćby łyk gorącej kawy.

Zeszłyśmy do Svolvaer. Naszej mety całej wyprawy. Tu na Kingę czekała niespodzianka ode mnie. Nocleg w cywilizowanych warunkach, czyli wynajęty pokoik z dostępem do kuchni i ciepłego prysznica. Wrócimy do Polski z klasą, a nie jak żulernia od której trzeba się odsunąć w środkach komunikacji.

W centrum handlowym kupujemy prezenty dla najbliższych: ser brunost, kabanosy z renifera, sztokfisza i Kvikk- najpopularniejszy wafelek w Norwegi, bez którego nie powinno się wyruszać na wycieczkę w góry. W środku wypisane są porady dotyczące wypraw w teren.

Ja bez żalu wyrzucam przemoczone buty, które przeszły i przebiegły ze mną nie jedno ultra i spisałam je już na straty przed tą wyprawą. Kinga swoje mokre butki chowa głęboko do plecaka i paraduje w „pingwinich” skarpetkach i sandałach.

Dzień 9

Autobusem linii 300 dojeżdżamy na lotnisko Harstad-Narvik, gdzie następnego dnia rano mamy samolot powrotny. Trzeba wiedzieć, że lotnisko to jest zamykane na noc, którą spędziłyśmy na całodobowej stacji benzynowej, z barem, ławkami i norweską telewizją.

A w domu czekają już na Nas szampan, truskawki i najbliżsi złaknieni opowieści.

Koniec

Dziękuję Kinga, że nie byłam tam sama i że miał kto mi robić zdjęcia.

Lofoty

Każdy ma jakieś swoje miejsce na ziemi, a jak go jeszcze nie znalazł to niech leci na Lofoty, bo to na pewno TAM!

Lofoty to archipelag położony za kołem podbiegunowym. Należy do Norwegi, składa się z trzech głównych wysp i wielu pomniejszych. Góry wystające z morza są jednymi z najstarszych na świecie. Strome masywy, wcinające się fiordy, ostre granie….to jakby Alpy moczące nogi w zimnych wodach Morza Norweskiego.

Zakochałam się w tym miejscu i mogę się śmiało nazwać lofotomanką. Mogę też robić za gawędziarza na nudnej imprezie, wystarczy rzucić hasło „Lofoty” i poszło…..

Zostawiłam na Lofotach kawał swojego serca, czapkę „mocy”, którą zwiało mi na jednej z grań, oraz przemoczone i ugnojone buty, w śmietniku w centrum handlowym w Svolvær. Takie buty to jak moneta rzucona do fontanny di Trevi, znak, że jeszcze tam wrócę.

Pomysł wyjazdu był banalny. Chciałam pobiec gdzieś 100 mil w Europie i wyskoczyło mi The Arctic Triple Ultra Trail. Jeden filmik mnie przekonał, że muszę tą trasę pokonać. Teraz już wiem, że to bieg dla lubiących adrenalinę i mokre buty. Takie ultra ze sporymi elementami skyrunningu. Wpisowe 3500NOK skutecznie ostudziło mój zapał, ale ziarno zostało zasiane i zdecydowałam zrobić tę trasę sama. A, że lubię się dzielić takimi pomysłami, to na popołudniowej kawce wspomniałam o tym pomyśle Kindze. „A kto będzie ci tam robił zdjęcia?” I wpadła jak śliwka w kompot i już sobie wspólnie w tym „słoiku” planowałyśmy podróż.

Wybrałyśmy przelot liniami Norwegian Berlin-Oslo-Bodø. Następnie prom z Bodø do Moskenes liniami Torghatten Nord (227 NOK). Powrót- autobusem nr300 (177nordland.no )ze Svolvær na lotnisko Harstad-Narvik (318 NOK) i lot do Berlina przez Oslo.

Linie lotnicze ograniczyły nasz bagaż do 10 kg i jest to sztuka zapakować „cały dom” łącznie z jedzeniem na 10 dni. A, że obie z Kingą wolimy zjeść niż wyglądać, więc większość naszego bagażu zajmowało jedzenie. Liofilizaty, gorące kubki, batony i suszone owoce. Wagę bagażu i tak nieco przekroczyłyśmy, więc na lotnisku przy 30 stopniach na plusie miałyśmy na sobie bluzy, kurtki i kieszenie napchane różnościami. Kinga postawiła na bułki, ja na powerbanki. Niestety pan który Nas odprawiał, ze łzami w oczach musiał mi zabrać szpilki do namiotu. Chwilkę musiałam go pocieszać, żeby się nie martwił, że sobie poradzimy. Uronił łezkę i wrzucił szpile do kosza.

Dzień pierwszy

Już przy lądowaniu widziałam te góry, wynurzające się, niczym grzbiety morskich potworów. Kułam Kingę w bok, podekscytowana i widziałam te same emocje w jej oczach.

Z lotniska w Bodø do portu skąd odchodzą promy (Bodø fregekai) jest jakieś 30 minut pieszo. Po drodze na ul. Sjøgata jest sklep turystyczny, gdzie zakupiłyśmy gaz i szpilki do namiotu (chciałam Niemcowi napisać smsa, żeby nie miał wyrzutów sumienia, ale nie wzięłam numeru).

Prom do Moskenes okazał się dla nas luksusowa podróżą, wielkie lotnicze fotele, cieplutko, piękny widok, pomruk silnika. Trzy godzinny relaks. Stanęłyśmy na lofockiej ziemi o 22:00. Jasno jak w dzień, dzień polarny. Spokojnym tempem dotarłyśmy do wioski Å. Å to ostatnia litera w alfabecie norweskim , oraz ostatnia miejscowość na Lofotach. Tu droga E10 przebiegająca przez cały archipelag kończy się zawijając na pętli. Mijamy małe domki, w żadnym oknie nie ma zasłon, rolet, flagi na masztach oznajmiają, że domownicy są wewnątrz. Cisza. W końcu jest w okolicach północy. Mijamy po drodze suszarnie dorszy. To gigantyczne drewniane stojaki, na których w pierwszej połowie roku suszy się sztokfisza (nor. tørrfisk). Dorsz ten, żyje w okolicach morza Barentsa i na początku roku wpływa na tarło do Vestfjorden, gdzie jest poławiany. Wypatroszony, bezgłowy dorsz ląduje na stojakach, owiewany mroźnym, słonym, lofockim powietrzem. Ląduje później na talerzach w takich potrawach jak np. pochodzące z Portugalii bacalao.

My trafiłyśmy na pozostałości całego procederu. Suszone głowy. Widok jak z horroru, zapach starych muli, zmieszanych z zapachem morskiego powietrza. Osobliwy zapach, trzeba samemu poniuchać.

Zawinęłyśmy na końcu drogi E10 i na powrocie rozbiłyśmy namiot w urokliwym miejscu, z widokiem na zatoczkę.

Mewy, mewy, mewy….

Dzień drugi

Lekko niedospane, dzięki mewom i całonocnej jasności, po śniadanku dotarłyśmy do Reine. Po drodze minęłyśmy zamknięty szlak na Reinebringen. Podobno najpiekniejszy widok na Lofoty rozpościera się z jego szczytu. Trasa jest na tyle wymagający, że postanowiono zrobić udogodnienia. „Schody” na Reinebringen budują aktualnie nepalscy Szerpowie.

W Reine przeczekujemy ulewę w kawiarni Bringen, żeby nie było że się tam zasiedziałyśmy przenosimy się na maleńką stacje benzynową i mam okazję zjeść gofra z Brunostem. Miłość od pierwszego kęsa. Brunost to kozi ser, powstały z gotowanej przez 9 godzin serwatki. przybiera smak i kolor słonego karmelu. Obłęd na podniebieniu.

Po wyżerce wsiadamy na prom MS Fjordskycs do Kjerkenfjorden (100 NOK). Zaczyna się główna przygoda. Wstępujemy na lofocki szlak, czytaj: oszczędne oznaczenia trasy, wręcz ich brak. Wgrany track w zegarku to jedyny dowód, że ktoś tędy szedł. Gigantyczne podejścia i zejścia, przedzieranie się przez krzaki i las, wyglądający jak z zaczarowanej krainy. Ja nawet widziałam królika, ale tylko ja, więc pewności nie mam czy był realny. Osuwiska, strumienie i banan na twarzy, bo otoczenie cudne.

Osiągnęłyśmy planowany cel. Kvalvika beach. Rajsko położona plaża, otoczona górami, do której można dotrzeć tylko dość wymagającym szlakiem. Lazurowy kolor wody aż kusił żeby przebiec się z rozpuszczonymi włosami z zwiewnym pareo. Nie wiem tylko czy robią pareo z polarów, bo temperatura iście podbiegunowa. Woda z gatunku: obłożyć lodem.

Wybrałyśmy sobie urokliwe miejsce na nocleg, z którego skutecznie przegonił nas ptak z długim dziobem (ostrygojad). Grzecznie przesunęłyśmy się kilka metrów, w końcu to jego teren, a my tylko przelotem.

W Norwegii panuje prawo, które pozwala nocować wszędzie przez jedną noc zachowując minimalną odległość od zabudowań 150 metrów.

Noc cudna. Nie było mew 🙂

Dzień trzeci

Nic nie zapowiadało trudności już na samym początku. Przejście na drugą część plaży prowadziło przez zwalisko gigantycznych kamieni, na tyle wielkich , że założono łańcuchy.

Zdobyłyśmy szczyt Ryten, z ciekawym punktem widokowym, na którym znajdowała się półka skalna. Idealna do mrożących krew w żyłach fotek.

Po kilku kilometrach wstąpiłyśmy na szlak do Nusfjoru. Napis na początku szlaku głosił, że trasę ta pokonywali Norewscy rybacy, wracający do domu z połowów. Muszę przyznać, że musieli bardzo kochać swoje żony, bo te 6 km obfitowało w drabinki, łańcuchy, labirynty z głazów, gdzie czerwone strzałeczki są niczym nić Ariadny. Bez nich zginiesz marnie. A trzeba wiedzieć, że jak Norwedzy robią ułatwienia, to znaczy, że jest ostro.

Nusfjord to stara wioska rybacka, podobno najstarsza w norwegi, zamieniona aktualnie na skansen. Ale żywy skansen, ponieważ można sobie wynająć rorbu- tradycyjny, czerwony lub żółty domek rybacki, ustawiony na palach, wychodzących z wód fiordu.

Za wioską znalazłyśmy ustronne miejsce na nocleg, w pobliżu zbiornika retencyjnego. Podjęłam nawet próbę rozpalenia ogniska, ale spotkała się ona z porażką.

Dzień czwarty

Lekko podsuszone buty wprawiły nas w miły nastrój. Nawet przez jakiś czas starałyśmy się unikać ich zamoczenia, ale na próżno. Lofoty to nie jest suchy teren, obfituje w źródła, strumienie (dzięki temu miałyśmy cały czas dostęp do słodkiej wody), oraz mokradła. Na mapie wyglądało, że czeka nas 15km wybrzeżem. Napotkana para powiedziała, że pokonała ten odcinek w 8 godzin!!! Znaczy, że lekko nie będzie. I nie było. Góry schodzące ostro do morza oznaczają, że brzegiem się nie da przejść. Trzeba wejść na taką górę, albo się wspiąć i następnie z niej zejść, albo się zsunąć. I tak góra dół, góra dół. Kinga dostała zakaz mówienia „to chyba już koniec podejść”, bo zaraz wyrastała nowa ściana. 7 godzin później dotarłyśmy do Napp, chciałyśmy zjeść coś „ichniejszego” w barze, ale nie było nic. Trzeba wiedzieć, że lofockie wioski nie są turystycznym rajem. Nie ma sklepów, restauracji, straganów z „durnostojkami”. Co ma swój niewątpliwy urok.

Dotarłyśmy przemoczone do plaży Haukland, łapiąc po drodze stopa. Niby głosił napis No Camping, ale „kampingowało” tyle osób, że nie wahałyśmy się rozbić namiotu.

Ponieważ cały czas siąpiło, postanowiłyśmy umyć się w namiocie. Istny cyrk. Sposób wart polecenia, to namoczony rącznik z odrobiną mydła. Brzmi banalnie, ale jak robią to jednocześnie dwie osoby w mini namiociku, próbując zachować jeszcze odrobinę intymności, robi się wesoło.

Tego dnia odbywało się norweskie święto Sankthans ( inna nazwa to Jonsok). przypada ono 24 czerwca, ale obchodzi się jego wigilię. Najkrótszą noc w roku Norwedzy świętują przy ognisku, serwując dania z grilla. Mili, kochani, świętujacy miejscowi, opuszczając miejsce pikniku zostawili nam suche drewno obok koksownika, co szybko wykorzystałyśmy do suszenia butów i ogrzania się. Do naszego wędzenia butów dosiadła się para polaków z ciekawymi opowieściami o życiu i z winem…. 🙂 Można by rzec, że w tym składzie zastała nas noc, ale noc nie nadeszła i o jasnej północy poszłyśmy spać.

CDN…..

Zdążyć na pierwszy dzwonek- czyli UltraMamaAla na UTMB

Nie śpij! Otwórz oczy, bo spadniesz…..nosz…. NIE ŚPIJ!!!!”
Nie mogę , muszę się położyć, a właściwie zamknąć oczy, choć na chwilę nie kontrolować swojej pozycji ciała. Tu jest dobre miejsce, nikt mnie nie nadepnie i nie spadnę. Opieram kije o drzewo. Owijam się folią ratunkową NRC i nastawiam budzik na 4:35. 10 minut powinno pomóc. Robię wszystko naturalnie, jakby padanie na ziemię, w nocy, w środku Alp było zupełnie normalne, mijałam już wiele takich „zwłok”. Kładę się na trawie, głowę układam na mięciutkim, jak najlepsza poduszka plecaku. Bosko! Zrywam się po 5 minutach. Zimno przeszywa mi plecy. Ponad 34 godziny w ciągłym ruchu i jeszcze sporo przede mną. To jak walka o przetrwanie, tylko na własne życzenie, za które niemało zapłaciłam. Nie ma w tym większej idei, nikogo nie wyleczę z raka jak to przebiegnę. Ale to robię i obiecuje sobie, że to ostatni raz.
Ruszaj Alka, bo nikt cię stąd nie zabierze” Biorę kije w dłoń i z plecako-poduszką wbijam się w kolejkę „zombi” podchodzącą pod górę.


UTMB- ULTRA TRAIL DU MONT BLANK to święto biegów górskich w Europie. Zakochałam się jego atmosferze dwa lata wcześniej, jak pojechałam do Chamonix jako support. I przeszło mi przez myśl, żeby też kiedyś spróbować swoich sił. Pozbierałam punkty w innych biegach i mogłam wziąć udział w losowaniu na alpejską przygodę. Niestety termin tegorocznego biegu zupełnie mi nie pasował. Bieg się kończy w niedzielę, a w poniedziałek moja młodsza córka idzie pierwszy raz do szkoły i po prostu muszę być w tym dniu z nią. Taki dzień się pamięta przez całe życie i chcę być jego częścią. No ale mam te punkty…
Postanowiłam wziąć udział, z myślą, że raczej mnie nie wylosują, ale już jedno losowanie będzie za mną. Podobno jak cię nie wylosują trzy razy , to czwarty masz pewny jak w banku.
Wyniki losowania były dokładnie w dniu moich czterdziestych urodzin. I dostałam ten prezent od organizatorów.
Miałam przygotować się jak nigdy wcześniej, core, biegi w górach, ostro trenować. Do czerwca jeszcze jakoś szło, ale okres wakacyjny to była kompletna klapa. Jechałam do Chamonix z jedną myślą. Nie zasłużyłam na ten bieg! Startują tam ludzie, którzy naprawdę dają z siebie dużo. Wstyd mi, że stanę z nimi na starcie. To jak Jaś Fasola wzięty za wybitnego profesora sztuki w filmie „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm”. Przypadek, że tu jestem i tyle. Czuję ogromny respekt, przed trasą i przewyższeniami. 170km i 10 tys metrów w górę i tyle samo w dół. Słabo mi.
Jesteśmy w Chamonix, ja i moja ekipa wspomagająca, Ewa i Magda. One się bawią świetnie, ja jestem „posrana”. Ale mimo tego, kocham to miejsce. Za każdym razem jak tu jestem, zachwyca mnie jego klimat i atmosfera. Mogłabym tu mieszkać.


Pora się przygotować sprzętowo, bo odbiór pakietu startowego to nie takie byle co. Cała masa ludzi z obsługi sprawdza ekwipunek, rozdaje pakiety, pomaga jak coś jest niejasne. Na tyle szczegółowa ta kontrola, że pan waży moją koszulkę z długim rękawem, czy aby nie za lekka. Mam numer, chip, pakiecik. Koszulki niestety nie dostaję bo zabrakło mojego rozmiaru, ale doślą pocztą. Pora się najeść i leżeć, aż do startu.

Nadchodzi godzina zero. Ja nerwowa, Andrzej , który startuje tu już trzeci raz, oaza spokoju. Fotki, uśmiechy, a mnie boli brzuch z niemocy. Jestem przerażona. Zaczyna się odliczanie. Daje się ponieść radości biegaczy i kibiców. Grają”Rydwany Ognia” Vangelisa. Euforia! Start! Na telebimie widzę jak czołówka biegaczy rusza z impetem, teraz my, teraz my…. stoimy, stoimy, dalej stoimy. Powoli zaczynamy się przemieszczać w stronę startu, ale to nawet nie jest marsz. Bardzo mnie to rozbawia. Kibice dopingują jakbyśmy cisnęli z całej petardy, a my grzecznie krok za kroczkiem idziemy przez połowę Chamonix i machamy fanom sportu, jak żołnierze wyruszający na pole walki, po zwycięstwo.
Po jakimś czasie rozpoczyna się już prawdziwy bieg i tu bardzo budują kibice. Mimo, że już daleko od startu, stoją wzdłuż drogi, krzyczą, biją brawo, trąbią. Aż łza się kręci w oku. Jest po prostu pięknie. Przybijam setki „piątek”, słyszę swoje imię w wielu językach. Wszytko jest tak pozytywne, że już nie żałuję, że tu wystartowałam. Dla tych chwil było warto, nawet jak nie skończę.
Dobiegam do pierwszego punktu kontrolnego, cały czas w deszczu. Idzie dobrze, choć miało być lepiej, miałam nadrobić więcej czasu, żeby mieć komfort później. Na przełęczy bardzo zimno, ubieram wszytko co tam mam w plecaku. Teraz nie dziwi ta skrupulatna kontrola przy odbiorze pakietu.
Podejścia są długie i strome, a zbiegi wydają się być jeszcze dłuższe. Tracę bardzo na podejściach, ale na zbiegach nadrabiam i tak góra za góra, przełęcz za przełęczą. Gdy noc opada, pokazuje mi się włoska strona masywu Mont Blank.

Obłędne widoki, Lac Combal zapiera dech. Spotykam polską fotograf, która urządza mi sesję. Nie zapamiętałam jej imienia. Może kiedyś te zdjęcia do mnie dotrą. Sprawdzam mój przewidywany czas na mecie. I cały power gdzieś ucieka. Fatalnie to wygląda, mogę się nie zmieścić w czasie. Piekielnie ostry, piaszczysty zbieg do Courmayeur. A tam czekają na mnie Ewa, Magda i Andrzej. Jego problemy z kolanem wykluczają go z dalszej walki. Nie chce mi się z nikim gadać. Jestem załamana moim czasem. Tyle walki na nic, choć to dopiero połowa. Ekipa ustawia mnie do pionu, że mam zapas, żeby nie patrzeć na wyliczenia komputera. Ja nie jestem komputerem i wiele się może zmienić. Do tego wszystkiego mijam na podejściu polaka, który rezygnuje, bo jak stwierdził nie zmieści się w czasie. Pewnie nie miał takiej super ekipy jak ja, która go „kopnie w zad”.


Na 95 km chcę zejść. Nie dam rady, ultra kryzys. Zadzwonię do mojej ekipy niech mnie zabiorą. I „dupa”! Nie ma zasięgu. Jakieś jaja. Muszę wejść na przełęcz Grand Col Ferret. A jak patrzę na nią z dołu to wydaje się nie możliwe. Ludzie na szczycie jak kropeczki. W końcu support otrzymuje moje sygnały SOS. Odpowiedź krótka: czekamy w Champex-Lac.


Tam się wydarzył jakiś cud. Bo dobiegłam prawie 45 minut przed przewidywanym czasem. Na tyle szybko mi poszło, że ekipa zaspała 😉 Przede mną ostatnie trzy podejścia i 50 km. A włąściwie cztery, bo końcówka trasy została zmieniona. I tu pojawia się nieodparta chęć snu. Tak wielka , że zaczynam iść jak pijana. Bujam się na boki, oczy się zamykają. Trient i Vallorcine, dwa następne punkty właściwie zlewają mi się w jedno, nawet nie mam pewność czy to Włochy, Szwajcaria a może już Francja. Wszystko mi się pomieszało. Ciągle walczę z czasem i zmęczeniem. Senność puszcza tylko na zbiegach, bo ból ud jest silniejszy. Podejścia są mozolne i senne. Marsz zombi. Mam omamy. Białe kamienie stają się jeżami, korkami od szampana, plastikowymi łyżkami i nie istniejącymi domami. Muszę puknąć kijkiem, żeby się upewnić, że to zwid.


Walcz, Ala walcz, jesteś tak blisko, już tu nie będziesz musiała wracać”.
La Flegere, piękne miejsce ze względu na widok, a przede wszystkim na dystans jaki mnie dzieli od mety. 8km! Tylko tyle i aż tyle. Jak to się ciągnie. Bolą uda, ale staram się zbiegać, nie iść. Choć truchtać. Gdzie te budynki, może za zakrętem? Oj, nie tu. To może za następnym. Też nie tu. Noooooo!!!! gdzie to Chamonix? Jest budynek. Ale to jakieś schronisko, więc to nie to! Ooooo jest, jest……nie to jakaś przepompownia. Mamo, zabierz mnie stąd!!!
Są budynki, ale dla pewności pytam czy to Chamonix. Kibice się uśmiechają i potwierdzają, klepią po plecach…. A ja się rozpłakałam. Już teraz wiem, że dałam radę.
Nic mnie nie boli, wcale nie jestem zmęczona. Macham, uśmiecham się, dziękuję za doping. Szpaler ludzi wita mnie jakbym była zwycięzcą, a jestem z końcówki wyścigu. Witam Ewę, Andrzeja, chwytam flagę Nowych Granic i wbiegam na metę. Tam Magda.


Dziękuję. To ja, mama dwóch córek z Zielonej Góry, obiegłam masyw Mont Blank, 170 km w 45 godzin.
No właśnie. Mama. Szybko prysznic, coś zjeść i rura do Polski. Bo za jakieś 14 godzin moje dziecko ma swój ważny dzień. Muszę tam być.
Udało się! Zdążyłam!Teraz mogę powiedzieć: Jestem zwycięzcą!


FIGHT LIKE A GIRL !!!

zdjęcia Ewa Szumigraj, Magdalena Woźna, Bartosz Szarowar

Mont Blanc

To nie będzie poradnik jak wejść na Mont Blanc drogą Goutera. Takich porad jest w internecie sporo i są naprawdę pomocne. Sama z nich korzystałam. To opis mojego wejścia i subiektywnych odczuć kobiety na wyprawie górskiej.

Wszystko zaczyna się od marzeń, trzeba zrobić ten pierwszy krok i już za chwilę wszystko się rozkręca. Tych kroków robi się coraz więcej i czasem doprowadzają na szczyt.

Swój pierwszy krok na Mont Blanc tak naprawdę zrobiłam dwa lata temu, decydując się na sportowe wejście z dwoma ultrasami. Wariatka! Na raz 4 tys metrów w górę, to sobie takie chłopaki mogą, a ty mamuśka lepiej znajdź inny sposób. Oni szczyt zdobyli, ja musiałam odpuścić, dla ich i swojego bezpieczeństwa. Czekałam na nich na wysokości 4300 m n.p.m mając przed sobą Dach Europy i co tu dużo ukrywać, chciałam być na szczycie. Nie zadowalało mnie bycie blisko niego (jak się później okaże to jeszcze kawał drogi), ja chciałam być tam!

Po dwóch latach pojawiła się szansa ponownie spróbować swoich sił. I tak oto w zespole dwuosobowym rozpoczęła się przygoda.

Listę potrzebnych rzeczy opisałam już wcześniej, ale jak to przy podróży samolotem bywa, trzeba było uszczuplić bagaż…. No malutko ubrań zabrałam, żeby nie powiedzieć niezbędne minimum, przebieranek i strojenia się tam nie będzie. I makijaż też sobie odpuściłam. I fryzurę. Oj dużo tych wyrzeczeń jak dla czterdziestolatki. Cały szpej, namiot, materace i śpiwory znalazły się w bagażu rejestrowanym. Plecak, jako bagaż podręczny wypchany ubraniami, bez mazideł i suszarki do włosów. Nie jadę tam pachnieć i wyglądać przecież. I fruuu z Berlina do Genewy. Na miejscu przesiadka do autobusu SwissTours i po 70 min jest CHAMONIX!!! Królestwo outdorowych sportów. Bardzo mi odpowiada klimat tego miasta. W moim rankingu miejscowości jest w czołowej trójce. Dookoła góry, góry, góry i lodowce i błękitne niebo, a na nim dziesiątki ludzi na spadolotniach.

20180630_100726.jpg

Szybki zakup gazu do jetboila, ładujemy się do autobusu linii nr1 i po kilkunastu minutach jesteśmy w Les Houches 900m n.p.m.. Tam mamy zarezerwowany nocleg. Ostatnia namiastka luksusu przed wyjściem w góry. Chociaż namiot Marabuta mam taki wypasiony, że można go spokojnie nazwać wysokogórską willą. W Les Houches jest mini pizzeria, czynna wieczorem tylko przez dwie godziny, ale warto wstrzelić się w godziny otwarcia bo jest tam najlepsza pizza na świecie!!! Jak już się napchałam na zapas to mogę iść spać, bo rano przygoda, przygoda…..20180627_130419

O 8:00 start kolejką kabinową Belleuve i wysiadka na wysokość 1800 m n.p.m 20180628_085536

Początek szlaku prowadzi przez alpejskie łąki, z nieprawdopodobną ilością najróżniejszych kwiatów. Zachwycam się tym jak dziecko, chociaż nie mam pojęcia jak się jaki kwiatek nazywa.

IMG_20180628_085243.jpg

Cały czas pod górę. Dalej kawałek torowiskiem i już znajdujemy się na drodze do schroniska Tete Rousse. Kamienny szlak, od czasu do czasu przerwany łachami śniegu, ciągle stromo pod górę. No w dół to raczej nie będzie 😉 I zaczynają się sensacje żołądkowe!! Ani wysokość spektakularna, ani czas trekingu niedługi, a tu taka niespodzianka. Może za ciasno pas biodrowy od plecaka, a może spodnie, a może to ta pizza. Szlak nie jest oznaczony jak w Tatrach. Od czasu do czasu pojawia się czerwona kropka czy strzałka, albo taki kopczyk z kamieni.

20180628_111609IMG_20180628_114226.jpg

Szukam jakiegoś usprawiedliwienia dla mojej niedyspozycji. Przecież nie mogę powiedzieć, że cienias jestem i nie powinno mnie tu być. Ale nie ma co się mazać i cisnę w górę, żółwim tempem, ślimaczym wręcz. Chciałaś to masz i nie narzekaj. A ten plecak taki ciężki, a przecież tak okroiłam jego zawartość.

Wiele stromych podejść dalej w końcu jest! O 13:00 docieramy na miejsce naszego biwaku. 3167 m n.p.m.

IMG_20180628_104326

Obok schroniska Tete Rousse jest darmowe pole namiotowe, gdzie swoje „mini domki” rozbijają żądni zdobycia Białej Góry wspinacze. W schronisku wcinam zupę, popijam piwem i korzystam z toalety. Jaka „miła” niespodzianka, nie ma wody ! Czyli niepotrzebnie taszczyłam mydełko i ręczniczek… He he, frajerka i do tego będzie śmierdzieć 😉 I nagle przypomnienie w telefonie! Młodsza córka ma zaproszenie na urodziny koleżanki. Trzeba było potwierdzić!!! Przyjęcie zaczyna się za……30 min. Dzwonię więc do mamy jubilatki i przepraszam że tak późno, ale potwierdzam przybycie mojej pociechy. Ups! Nagrody „matki roku” nie dostanę. Na szczęście po drugie stronie słuchawki jest normalna babka i rozumie zapominalstwo.20180628_162738

Rozbijamy namiot na śniegu i „meblujemy” tym co mamy. Za poduszkę robi kurtka puchówka, ręczniczek, skoro już się nie przyda do wycierania, będzie robił za izolator od lodowatej podłogi. Obok namiotu „jadalnia”, gdzie w jetboilu topi się już śnieg na liofilizowaną kolację. Losuję sobie danie indyjskie. Curry dobrze wpływa na tempo 😉20180628_165014

Ciepło w brzuchu- pora spać bo o 3:00 pobudka. Właściwie to kładę się w tym w czym będę jutro ruszać na szczyt, z wyjątkiem zewnętrznej warstwy. Jeszcze próbuję zachować odrobinę higieny przecierając się tu i tam chusteczkami dla niemowląt, jak wrócę wieczorem nawet tego nie zrobię…. taki ze mnie czyścioszek. Dobranoc? A gdzie tam. Kręcę się jak owsik, raz na lewy raz na prawy bok, zależy który dotyka materaca i marznie. Zimno ciągnie od dołu, emocje w zenicie, owce próbuję liczyć, ale na tej wysokości nie ma żadnej. Coś tam w końcu przysypiam, ale żeby to było regenerujące to nie powiem. Pobudka. Brr jak zimno, a tu trzeba wysunąć się ze śpiworka. I ponownie, śnieg rozpuszczony w kuchence i wylosowane śniadanko z torby z liofilzowanym jadłem.20180629_031126

Raki już przypięte do butów, plecaki spakowane, krem z filtrem zostaje w namiocie (jak się okaże już wieczorem to dość ważny element wyprawy) i start 4:30. Pierwsza trudność to Grand Couloir. Kuluar Rolling Stones. Kuluar Śmierci. No, nazwa nie brzmi zachęcająco. Umiejętności czy doświadczenie wspinaczkowe chyba na niewiele się tu przydadzą, albo sypnie na ciebie kamolami, albo nie. Taka loteria. Wylosowałam spokój. Godzina też odpowiednia, bo słońce nie topi jeszcze lodu, który te kamienie przytrzymuje i mało osób na ścianie Goutera, które mogłyby te kamienie strącać.IMG_20180628_125017.jpg Przed nami jeden z cięższych odcinków na tej trasie, czyli wspomniana ściana. 600 metrów pionowej skały, może nie o wysokiej wycenie w skali trudności dróg skalnych ale ciągnie się niemiłosiernie. I wszyscy mnie wyprzedzają !!!! Mnie, ultra mamę! Ale to nie wyścig, mam wrócić cała i zdrowa, nie będę się spieszyć. Zresztą i tak nie mam siły iść szybciej. Wspinam się w taki tempie w jakim mogę, tu i teraz. I znów kwiaty, nawet na tej nieprzyjaznej skale. Mech a na nim drobne kwiatuszki w kształcie gwiazdek. 3800 m n.p.m. I ponownie wchodzimy na śnieg. Jakoś bezpieczniej niż na tej szarej skale. Ale tu już tworzymy jedność. Wiążemy się liną. Lodowiec kryje pod sobą różne niespodzianki, typu szczeliny i mimo że wygląda jak wielgachny stok narciarki trzeba się asekurować.20180629_074108.jpg

Zaczynamy mozolne podejście na Dome du Gouter. Jest na tyle strome, że prosto pod górę się nie da. Idziemy zakosami po wydeptanej ścieżce, po której idą też inni chętni zdobycia szczytu. To właśnie na tym szczycie zostałam dwa lata wcześniej, urządzając sobie piknik w oczekiwaniu na chłopaków. Wysokość 4300 m n.p.m. Mijam to miejsce z uśmiechem, ani myślę zawrócić w tym miejscu. Nie tym razem. Niewiele się zmieniło poza niewielką szczeliną której nie było poprzednio.20180629_102615.jpg

I znów zakosami pod schron Vallot. Takie awaryjne miejsce w razie załamania pogody. No blaszak taki , co tu dużo kryć. Żaden luksus. Uderza mnie odór moczu. Na tej wysokości niewiele rzeczy ma zapach, a ten odór odrzuca strasznie. Nie chciałabym tam nocować. Ale wiadomo, jakby zaszła potrzeba to nie ma wyjścia.

Za schronem lekkie wypłaszczenie i ponownie bardzo strome podejście (przecież to Mont Blanc, to co się dziwisz 😉 ), ale tym razem już nie zakosy, teraz pojawia się grań. Piękna. Ostra. Po obu stronach strome śnieżne zbocza, nie mam lęku kroczyć po niej, robię to ostrożnie, bo nie odpowiadam tylko za siebie, ale też za mojego partnera na końcu liny.IMG_20180629_083827.jpg

I zaczyna się odliczanie. Odliczanie nie czasu, czy odległości. Odliczanie wysokości. Co chwilę spoglądam na zegarek z wysokościomierzem. Jeszcze 150 m w pionie, jeszcze 100, 70, 50,30… o matko! Jak to się dłuży!! 10m

Stop! Top! Szczyt! Wyżej w Europie się nie da. 4810M n.p.m. Mont Blanc! I ja na nim. Zwykła mama, kobieta jakich wiele, dotarłam, dotrwałam.IMG_20180629_132035.jpg

Nie skaczę z radości, nie krzyczę, nie ma wybuchu euforii. Ale uronię łzę, że marzenia się spełniają. Tylko ten pierwszy krok trzeba zrobić.

Czas dla fotoreportera. Skoro szczyt to musi być dowód że się na nim było. Chociaż są takie chmury, że fotka mogłaby być równie dobrze zrobiona zimą na Śnieżce . Ale ludziom gór trzeba wierzyć na słowo i tyle.

Szybkie info że dotarliśmy na szczyt i schodzimy. Na śniegu czuję się pewniej niż na skale, dlatego idzie dość sprawnie. Robimy przerwę w schronisku Goutera i zamawiamy najgorszą zupę na świecie. Coś jakby przelana wrzątkiem surówka z marchewki i ten przelany płyn został podany jako zupa. Koszmar! Pani Gessler rzuciła by się ze ściany Goutera bez wahania. Dobrze, że była ala’tarta i chleb i ….piwo. Twarz spalona od słońca, po powrocie do domu będzie walka o normalny wygląd, bo wyglądam jakbym zanurzyła buzię w gorącym oleju.20180630_141339

Naładowani kaloriami ostrożnie zeszliśmy ze ściany i pozostał ten ostatni newralgiczny moment. IMG_20180629_180612.jpgKuluar Śmierci.

Nie będę udawać superwomen. Bałam się okrutnie. Słońce cały dzień roztapiało śnieg i lód który te kamienie wiąże. Sypało się na potęgę. Rynna z toczącymi się rozpędzonymi kamieniami. Chwila ciszy…… i teraz my GO! GO! GO! W poprzek kuluaru. Może nie jak Usain Bolt na setkę, ale w rakach to ciężko osiągnąć taką prędkość. Udało się! Dopiero teraz się cieszę z wyprawy, ze zdobycia szczytu, z bezpiecznego przejścia przez kuluar.

Na koniec „dupozjazd” do namiotu.

Co to „dupozjazd” – dokładnie to. Zjazd na dupie po śniegu. Bez sanek, jabłuszek, czy innych bajerów. Taki przyspieszacz w schodzeniu po śniegu.

Jest namiot, znów losowanie liofilizatu, i po poinformowaniu całego świata że jesteśmy w naszej bazie, szybko spać, bo zmieniły się warunki powrotu do domu i musimy się zwinąć o świcie, zbierając cały majdan.

Czy jestem dumna z siebie, że weszłam tam gdzie chciałam? Nie wiem.

Czy jeszcze kiedyś tam wejdę? Nie wiem.

Czy to koniec moich górskich wypraw? He he he głupie pytanie 😉 Jak już tego dokonałam to wydaje się proste.

Na pewno nabrałam doświadczenia, dużo się nauczyłam i wiem, że mogę znowu sobie coś wymarzyć i zrobić jakiś mały kroczek w tym kierunku.

UltraMamaAla

20180628_075340

 

Ekwipunek na Mont Blank

 

Wspinaczka

uprząż wspinaczkowa

kask

lina asekuracyjna (dynamiczna) 50/70 m

karabinki HMS x4

raki + pokrowiec

czekan turystyczny

plecak wspinaczkowy

kijki trekkingowe

ekspresy x4

karabinki

przyrząd zjazdowy

repsznur x3

pętle z taśmy x4 (60, 80, 120cm)

śruby lodowe x2 minimum

gogle

OKULARY LODOWCOWE

 

SPRZĘT BIWAKOWY

plecak 80l?

pokrowiec na plecak

namiot

karimata/mata

śpiwór/puchwy+ pokrowiec na śpiwór

czołówka + akumulator zapasowy

kartusze

palnik/jetboil

kubek składany

zapalniczka + zapałki

łyżkowidelec

termos (0,7-1l)

nóż

scyzoryk

trytytki

srebrna taśma

igła z nitka

torebki strunowe

 

Ubrania podstawa:

koszulki x2 (termoaktywne)

koszulka termoaktywna z długim rękawem (sztuczna/merino) x2

spodnie długie z goretex

spodnie softshelowe

spodnie krótkie

kalesony termoaktywne

skarpetki cienkie 2 pary

skarpetki trekingowe letnie 1 para

skarpety zimowe,

pary majtki (szybko schnące) x4

polar cienki

bluza termiczna/termoaktywna

leginsy+koszula do spania

kurtka gore-tex

kurtka puchowa

czapka x2

kominiarka

rękawiczki cienkie

rękawiczko gore-texowe zimowe x2

buff cienki/gruby x2

stuptuty

 

SPRZĘT

telefon + ladowarka

zegarek (z GPS) GPS WGRAĆ TRASĘ!!

mapy

folia termiczna NRC x2

ogrzewacze

powerbankx2

aparat go-pro

ładowarki-telefon,

czołówka

 

BUTY

Buty wysokogórskie

japonki

buty podejsciowe-akyra

 

PAPIERY

ubezpieczenie

ekuz

dokumenty

plan wyjazdu!!

druk biletów lotniczych /noclegów

wymiana pieniędzy

 

KOSMETYCZKA

szczoteczka pasta (mini)

chusteczki nawilżane

chysteczki higieniczne

papier toaletowy

gumka do włosów

obcinacz /nozyczki

małe buteleczki żel do mycia, szampon

antyperspirant

grzebień

pomadka

krem

krem p-słoneczny

 

APTECZKA

leki wysokościowe

bandaż + opatrunek

bandaż elastyczny

plastry (mały, duży)

plastry compitte

sudokrem

litorsal

nospa

ibuprom

stoperan

gaziki z aklo.

JEDZENIE

liofilizowane posiłki

budyń

herbata

kawa

cukier

czekolada/batony

orzeszki

żurawina suszona

Plan treningowy. Czyli jak mi nie wyszło.

5:50 dzwoni budzik. „Mamo jeszcze 5 minutek”. A nie, to ja jestem mamą. 10 minut na rozkręcenie umysłu. Jaki dzisiaj dzień? Wtorek. No to start. Leniwy spacerek z psem, później prysznic, zaparzam kawę i pora namalować sobie twarz, żeby nikt w pracy nie rzucał we mnie czosnkiem. Kawa czeka. Szykuje ubrania dla całej drużyny. 7:00!! Już?

-Dziewczyny wstawać!

-Mamo jeszcze 5 minut. (he he)

Szykuje śniadanie i się zaczyna. Pies chce zwrócić na siebie uwagę, więc zaczyna gryźć poduchy. Ja gonię, on ucieka.

-Mamo, nie chcę tej sukienki miałam ją wczoraj.

Szybka zamiana, na szczęście zaakceptowana przez latorośl.

Kawa czeka. Łóżka pościelone.

Dzieci siadają do śniadania. Ja wcinam na stojąco, bo opróżniam w tym samym czasie zmywarkę. Łyk kawy. Zimna ohyda.

7:40 Aaaa!! Go, go, go bo się spóźnimy.

Rozwiezione towarzystwo do odpowiednich placówek. Ja do pracy. Robię sobie kawę, a tu dzień wariata. Kawa czeka. Przed wyjściem z pracy dopije tą zimną ohydę.

Spacer z psem.

Szybki obiad, wstawiam pranie i w głowie plan na trening. Sprzątanko po obiedzie. Już prawie ubieram buty biegowe…

-Mamo, pójdziemy na rolki.

Eeee, no to idziemy. Trening zrobię później.

Całe i zdrowe po rolkach wracamy do domu i w windzie pada pytanie.

-A co na kolację?

Przecież przed chwilą robiłam obiad? Chlip, chlip już wiem że nie pobiegam dzisiaj. Bo po kolacji jest kąpiel, zagramy w Piotrusia i coś na sen oglądaniemy w tv. Ale, ale nie poddaje się tak łatwo. Jak młode będą spać to poćwiczę z jakimś mega gościem z youtuba. A później przeczytam ze dwa naukowe artykuły i książkę i jeszcze coś oglądne.

-Mamo, położysz się na chwilę z nami.

-Jasne!

Otwieram oczy 2:30 😉 Dobranoc 😛

A UTMB coraz bliżej.

Tik tak tik tak….

Ultra Chojnik- czyli co się dzieje w głowie ultraski.

IMG_20180601_205949_953.jpg

To nie będzie opis zawodów, nie będę pisać jakie jest jedzenie na punktach, jak wygląda organizacja biegu i jakie trudności są na szlaku. To wpis o tym co się dzieje w głowie ultraski, ultra mamy.

1:00 start. Przede mną 102 km po karkonoskich szlakach. Cieszę się z tego startu, cieszę się, że przed sobą mam jeden z trudniejszych ultra w Polsce. Zaczynam powoli, żeby nie wyczerpać sił na samym początku. W brzuchu „motyle”, uśmiech na twarzy. MAM TĘ MOC, MAM TĘ MOC! Znam tą trasę. Obiegałam ją miesiąc wcześniej z Rudą i znajomość szlaku bardzo mi pomaga. Wiem, że mogę, wiem na co mnie stać.

7 km, punkt kontrolny a na nim Dorota. Mimo nocy poznaje mnie i dodaje energii dopingując.

Zaczyna się długie, żmudne, czterokilometrowe podejście. Kije w dłoń i cisnę do góry. Łapie rytm. Raz, dwa, raz, dwa, jak lokomotywa napieram pod górę. Wspaniale się czuję, choć duszno i pot się leje. Na końcu podejścia punkt odżywczy, tankuję płyny. Będę to miejsce mijać jeszcze trzy razy w trakcie tego biegu. Sprawdzam czas, idzie dobrze. Trochę zbiegu i nagle koniec. Moc opada, oczy się kleją, ciało wręcz krzyczy -Idź spać! Ale jak to? To początek biegu, nie druga doba? Dlaczego? Znów bardzo długie podejście. Już nie jak lokomotywa, nie ma rytmu, zataczam się jak pijana. W głowie ciągle jedna myśl, jak to, przecież to początek biegu, a ja już odpadam? Człapie pod górę, trochę zrezygnowana, entuzjazm gdzieś uleciał. Ponownie punkt na Petrovce, zerkam na zegarek WOW! Dobry czas. I znowu euforia. Poczułam się jak motylek, ciężki, upocony, ale motylek.

Po kilkudziesięciu kilometrach znów kryzys, ale ten kryzys znam dobrze. Spodziewałam się go. To połowa trasy, więc ciało już zmęczone i pojawiają się łzy. Chce do dzieci, przytulić się do nich i położyć obok. W głowie widzę ich rumiane policzki i ten ich spokój jak śpią. A ja tu sama, zmęczona, brudna CHCĘ DO DOMU! Ale tą niemoc znam bardzo dobrze, przechodzę przez nią na każdym długim biegu i wiem, że zaraz minie.

Dobiegam do punktu głodna jak wilk. Nie ma zupy, nie ma coli i kryzys zamienia się w złość. Wypijam piwo, ale to nie to. Piszę do znajomych jaka wściekłość mnie dopadła. Ruda, mój support reaguje błyskawicznie. Będzie cola! No maleńka napieraj pod górę, tam czeka na ciebie ktoś bliski. Cisnę ile mogę. I jest! Ruda ze słodkim ulepkiem, sokiem pomarańczowym i uśmiechem. Wie co ultrasowi potrzeba.

Cukier we krwi, nowa energia, nowa Ja.

received_1864239946947647

Już nie będzie takich kryzysów do końca biegu. Już będzie coraz lepiej. Druga połowa biegu mimo równie dużych trudności pójdzie mi nadspodziewanie dobrze.

Przeliczam czasy w głowie i wychodzi ,że może uda się złamać 19 godzin. Dla mnie, na takiej trasie, 19 godzin to byłoby coś. No to rura! Skoro jest szansa to ją wykorzystam. Już oczami wyobraźni widzę metę.

Końcówka dłuży się niemiłosiernie, ale w duchu się uśmiecham, bo wiem, że jest dobrze, bardzo dobrze.

Widzę metę, jest Ruda, jest euforia, są łzy. Znajomi gratulują. I ta duma! Duma z siebie, że się udało.

Ten bieg miał być testem przed UTMB (170 km po Alpach, w ostatni weekend sierpnia). Miało być dużo przewyższeń, dużo kilometrów i trudności techniczne. Było wszystko. Zdałam, na 4+.

Dopiero teraz czuję się ultrasem mimo, że przebiegłam już trochę ultra. Dopiero ten bieg uświadomił mi, że wiem na co mnie stać, jak dobrze znam swoje ciało i co może się dziać w mojej głowie ( z małymi wyjątkami 😉 ).

Ostatecznie skończyłam po 19 godzinach i 10 minutach. 105 km, 5200m w górę i tyle samo w dół.

Jestem ultrasem! Ultra Mamą!

Początek

Jak ze wszystkim, najtrudniej zacząć.

Od jakiegoś czasu biegam po górach, krótsze, dłuższe dystanse i nawet te ultra długie. Ale dopiero w zeszłym tygodniu poczułam się „ultraską”. Pewnie dlatego, że był to świadomy bieg od początku do końca, ale o nim w następnym wpisie. Teraz chcę się przedstawić i zobrazować króciutko czym chcę się podzielić.

Jestem mamą dwóch uroczych dziewczynek, które przyprawiają o zawrót głowy. Po za zwyczajnym życiem mam niecodzienne hobby. Lubię się zmęczyć w górach. Pokonać dystans dla przeciętnej osoby niezrozumiały. Nie docieram na metę jako faworyt. Zwyczajnie pokonuję niezwyczajny dystans i staram się to zrobić w limicie czasu. Chciałabym tu opisywać ile wysiłku i zgrania wszystkich elementów mnie kosztuje, już nie sam start, ale przygotowania do niego. Pokazać, że dla kobiet niemożliwe nie istnieje. Trzeba tylko chcieć.

Nawet rozpoczęcie pisania tego tekstu jest małym wyczynem. Skończyło się armagedonem w kuchni, bo czymś się dzieci zająć musiały jak mama klepie w klawiaturę 😉 … a pies baaaardzo musi na spacer.

To tylko wstępniak, będzie więcej… ale jak ogarnę „drużynę” i odgruzuję kuchnię.

UltraMamaAla

DSC_1320